skandynawska

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

Myśl mnie ogarnia i zastanowienie na sensem ludzkiego postępowania, nad agonią "ludzkiego" w ludziach nad sensem ludzkich decyzji. W liceum (dawne czasy wiem) miałam nauczycielkę, może nie wybitną, może ekscentryczną, może nawet delikatnie szaloną ale wypowiadała na każdej lekcji jedno zdanie, które brzmiało mniej więcej tak: "Moi drodzy, pamiętajcie że najgorszym gatunkiem jaki żyje na tym świecie jest gatunek ludzki i żaden inny nie czyni zła od tak po prostu". Mój, wtedy niedojrzały jeszcze umysł chłonął te "mądrości" i przyglądał im się z zaciekawieniem. Pierwszy raz ktoś śmiał mi zaburzyć obraz doskonały ludzkiego gatunku, który chciał nie chciał wyniosłam z domu. Teraz po latach myślę że miała rację.

Dlaczego jak tylko zaczyna być dobrze, spokojnie, jak po burzy zaczyna się układać, gdy życie toczyć się zaczyna spokojnie i zaczynamy sobie radzić z zastałym a nawet znajdujemy plusy nowych sytuacji to człowiek musi przyjść i to spieprzyć. Przy czym człowiek ma tu znaczenie dwojakie, może być konkretną jednostką a może być zbiorem ludzkim lub nawet może kryć się pod nazwą jakiejś instytucji. Ma to różne wymiary od tych mikro że ona jej, on jemy, ona jemu itd. lub makro naród narodowi, społeczność społeczności.

Ciągle mnie to zastanawia i ciągle zadaje sobie to samo pytanie, dlaczego? Nie jestem idealna, mam swoje gorsze dni, wybuchy złości niekontrolowane, smutki i smuteczki, ale jedno jest dla mnie najważniejsze - prosta zielona linia przebiegająca tylko trochę nad czerwoną granicą czyli spokój. Codziennie rano wstaje i do wieczora szukam spokoju, pragnę go przyklepać żeby dzień zaliczyć do udanych. Walczę ze swoimi słabościami, ze słabościami innych z przeciwnościami losu jakie stawia przede mną życie, żeby tylko wieczorem móc położyć się spokojnie do łóżka i zasnąć.

Odezwała się jest dobrze, wymieniliśmy uśmiech, powiedziałam coś miłego, co myślę naprawdę, udało mi się kogoś przeprosić naprawdę, dokonał rzeczy niemożliwej jestem z niego dumna - to wszystko daje siłę i spokój, ten mój wewnętrzny, upragniony.

Jednak przychodzą dni, gdy ktoś lub coś wybija mnie z tego poczucia właściwie bez przyczyny albo z przyczyn mi nie dość dobrze wyjaśnionych, podchodzi i jednym ruchem ręki rozwala karty układane w ciszy, cierpliwie, jedna po drugiej aby móc jakoś żyć i radzić sobie i wiedzieć że jeśli cokolwiek Ona, On, Ta czy Tamtem jest sobą i będzie po drugiej stronie prawdziwego świata. Nawet jeśli nie jest za dobrze to przecież możemy już ze sobą spokojnie rozmawiać, radzić sobie wspólnie z przeciwnościami, polepszyć sobie dzień dobrym słowem, bo to przecież nic nie kosztuje, nie wymaga żadnego wysiłku, nie kosztuje żadnych pieniędzy. Jednak nie, uderza się nagle w samo sedno w nic nie przypuszczające "jądro" sytuacji, w sam środek spokojnego oddechu i powoduje się spazm braku powietrzu, ruch nerwowy, brak snu i niezrozumienie. Chociaż często wychodzi po czasie że to było całkiem niepotrzebne, że nie wprowadziło nic pozytywnego. Są dni gdy spokoju nie ma, wstajesz i od rana wiesz że będziesz walczyć, ciało Twoje się przeciwstawia, mówi Ci codziennie że więcej na siebie nie weźmie ale Ty musisz jesteś przecież człowiekiem odpowiedzialnym. Zwykle te burze walą znienacka piorunami w momencie gdy już kompletnie na to nie jesteś przygotowany, gdy z pozycji obronnej przeszedłeś własnie do pozycji otwartości i gdy uczysz się że spokój może być dany za darmo. Tak się dzieje, gdy myślisz sobie jest już dobrze, jest tak jak ma być, dobrze mi z tym jak jest już, czas leczy i mija.

Czy zawsze ludzie muszą powodować wielkie tąpnięcia? Czy zawsze pokój musi być przerwany wojną? Spokój niepokojem? Miła rozmowa milczeniem? Szczerość kłamstwem? Uśmiech przekleństwem?

Dlaczego człowiek zawsze spieprzy co dobre?
Tagi: bibrzenie...
18.04.2015 o godz. 09:34

Jak bardzo można odwyknąć od bliskości, czułości, dotyków. Jak bardzo można się stać obcym dla innych ludzi. Jak bardzo trzeba schować się w sobie, by widzieć świat tylko przez dwie małe dziurki własnych oczodołów i nie potrafić go posmakować. Jak bardzo się trzeba bać, by nie wyciągać rąk do ciepła.

Zobaczyłam siebie w całej mojej okazałości; nagą, skuloną w kącie, z twarzą przysłoniętą ramionami, jak zaszczute zwierze. Skierowany na mnie wściekle rażący reflektor ukazał wszystkie tragiczne rysy mojego zmęczonego, napiętego ciała. Człowiek stojący w geście otwarcia z rękoma szeroko rozpostartymi na boki jest dla mnie przerażający, choć przecież dzień i noc pragnęłam właśnie takiego człowieka. Odwagi starczy jedynie na krok do przodu i dotknięcie dłonią jego dłoni aby sprawdzić czy nie jest kukłą, czy jest prawdziwy, a potem z powrotem do skulenia i kąta, bo strach nie pozwala na więcej.

Jeśli miłość jest rajem to co jest potem? Co zrobić z tym co po niej pozostaje, jak pozbierać połówki, jak je posklejać, jak dać ten śmietnik komuś innemu albo jak go schować przed nim, żeby nigdy nie wysypał się z góry na głowę?

Przegrywać to ja znakomicie potrafię, potrafię nawet sama się podłożyć żeby ktoś miał satysfakcję, żeby było wesoło i śmiech i mogę być słabsza i mogę być ostatnia w chińczyka, monopol, na 60 metrów, ale w życiu stracić nie potrafię. Z życiem zabierającym zgodzić się nie umiem. Ile czasu zajęła mi śmierć, nie przerobiona nigdy do końca, choć żyć muszę jakoś, ale na myśl o kolejnej tracę grunt pod nogami i odsuwam od siebie aby oddychać. Ile czasu zajmie mi utrata, ile rąk odrzuconych, ile nocy nieprzespanych, ile myśli pijanych, ile dróg nieprzejezdnych, ile myśli nierozsądnych, ile win znalezionych w sobie? Jak długo jeszcze, jak dużo czasu minie gdy wreszcie zrobię krok do przodu i zdecyduje się żyć tu i teraz i nie będę się już bała że to tylko na chwile, że nie ma stałości i znów uwierzę, że ktoś może być, kochać i że to nie bańka mydlana, która wabi, kusi a jak uwierzysz i dotkniesz pęka nieoczekiwanie, oblepiając cię nieprzyjemną cieczą na długie dni.

Może to już pół kroku do przodu spojrzenie na siebie zza reflektora?
Tagi: bibrzenie...
20.02.2015 o godz. 01:17

Wydaje mi się, że umiem już radzić sobie z pustką wokół mnie, że już potrafię ją zagłuszać jak potrzeba albo aranżować tak, żeby była mniej zauważalna dla moich zmęczonych oczu. Wydaje mi się że już potrafię funkcjonować w swoich czterech ścianach a nawet czuć dla nich wdzięczność że są i potrafią mnie tak dobrze ukryć przed światem.

Nie wiem tylko co zrobić z tym co w środku. Tyle lat się silę na jakąś życiową mądrość w tym zakresie a jestem coraz głupsza. Pustka przemienia się w ból, ból w pustkę, która zaboleć przecież musi w końcu i koło się zamyka, kręci jak napędzane truchtem szalonego gryzonia, zamkniętego w klatce do końca życia.

Nigdy nie byłam dla siebie dobra. Nie wiem co to znaczy w ogóle? Nie potrafię sobie pofolgować, odpuścić sobie, odepchnąć od siebie i nie rozdrapać do krwi a poczekać aż spokojnie przyschnie i się zasklepi. Jakiś diabeł we mnie przypomina żeby czuć, po miesiącu, po pół roku, po roku ale nigdy przypomnieć nie zapomni. Jakby w okresie wegetatywnym wstrzymywał się przez jakiś czas, żeby oszukać moje ciało. Może ten czas potrzebny do czegoś. Może potem można dlatego ze spokojem sobie powiedzieć, że się przetrwało, że się jednak jest silnym, że strach nie wygrał i tym razem i nie wyskoczyć z 9 piętra.

Zadałam sobie dziś pytanie, czy mi siebie żal, czy tak nisko upadłam już aby uczucie to samej do siebie odczuwać. To nie jest żal coś odpowiedziało mi z wnętrza, to strach, strach obezwładniający, strach przyszłości na którą i tak nie mam żadnego wpływy przecież. Strach teraźniejszości, która nie zachwyca bo przerażając trudno zachwyt wzbudzić. Strach przeszłości która kusi ale nie daje nadziei. Wszystko co dobre, wszystko co wspaniałe, wszystko co piękne, wszystko co kochane trwa u mnie przez moment, ułamek sekundy, świst gwizdka zaledwie, a potem obraca się jakby od razu o 180 stopni. Niewiele jest punktów zaczepienia w moim porąbanym życiorysie. Nocy do których się biegnie jak na skrzydłach i wtula się w ich ciepłe ramiona, dni do których gęba się śmieje sama bo ma duszę spokojną, że nawet jak coś pod górkę to da radę przecież. Jestem już bardzo zmęczona, bardzo zmęczona, jak kilka dosłownie razy w życiu dotąd.
Tagi: bibrzenie...
17.01.2015 o godz. 16:17

Umieram po raz 100-tny
Tagi: bibrzenie...
11.01.2015 o godz. 00:49

"Jak się rodziłeś to pomyślałem, że nigdy nie będę sam, bo jesteś Ty i że Ty będziesz. A później zrozumiałem, że człowiek zawsze jest sam, bo nawet kiedy się boisz, to boisz się Ty. Nawet jeśli Cię pocieszają że nie ma się czego bać to i tak się boisz.To jest Twój strach i nikt tego za Ciebie nie poczuje. a jak będziesz umierał to nic Ci nie pomoże że ktoś będzie trzymał Cię za rękę, mówił że Cię kocha, że będzie wszystko dobrze. nic ci nie pomoże! Umierać będziesz Ty. Nikt Ci nie powie co tam jest. Rozumiesz? Będziesz sam. Sam! Zawsze będziesz sam.

Tulipany Jacek Borcuch


Zmęczenie chyba zagląda w oczy, bo pustka jest bardziej pusta niż zwykle. Nawet tu już z rzadka pozwala zaglądać.

Ciągłe zmiany we mnie i przemiany świata dookoła męczą, ale też pozwalają żyć prawdziwiej, odróżniać smaki, widzieć ludzi prawdziwymi, takimi jakimi są naprawdę, z ich niedorobieniami, wadami ale i zaskakującym pięknem, które wyłazi niekontrolowanie jak mu tylko na to pozwolić.

Można by rzec że ostatni bilans wyszedł na minus, ale czy tych kilka "ściętych głów" jest ważniejsze od jednej wzrastającej na moich oczach? Może tylko nie umiem się już tak cieszyć, może nie chce już za innych, może na siłę nie stwarzam sobie już pozytywnego świata, który nie istnieje i być może nie istniał nigdy. Jest gdzieś tylko we mnie cichy płacz, bo to już nie żal nawet, że mi coś odebrano, że ktoś wdarł się we mnie na siłę i pokazał jacy ludzie są naprawdę, pozbawił złudzeń i wiary w nich, normalnych, prostych, niezawistnych, ciepłych, zwyczajnych i bliskich. Wiary że już nigdy nie będę sama, która pozwalała żyć, być, oddychać, dodawała siły i pozwalała iść do przodu. Wiary która była czymś najważniejszym we mnie, ważniejszym nawet od samej mnie.

Może trzeba było wreszcie się potknąć, rozwalić łuk brwiowy, zalać się krwią, żeby powoli móc zacząć się podnosić, naprawdę bardzo powoli i wiedzieć jak to jest mieć w ustach ziemisty smak, jak to jest wiedzieć na pewno na kogo można liczyć a na kogo na pewno nie, przy czym "NA PEWNO" stało się tu pewniejsze niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Poczuć jak to jest nie być potrzebnym i nie starać się o to. Jak to jest odpuścić choć nigdy się dotąd nie odpuszczało i jak to jest usłyszeć "dobrze że jesteś" od jednej osoby, choć się "zabijało" żeby być dla wielu, a teraz się już nic nie robi, bo nadszedł czas oczekiwania i spokoju.

Wiem też co się czuję kiedy człowiek podnosi się sam. Kiedy wraca z dalekiej drogi i jak wtedy mocno bije serce.

Pozostają smutki, niezrozumienie, zadawane sobie w kółko pytania "co źle zrobiłam?", "jak mogłam lepiej?", "dlaczego?", "po co?", "czemu minęło?" i milczenie częstsze niż zwykle, ale dobrze jest poznać prawdę.
Tagi: bibrzenie...
19.10.2014 o godz. 13:40

Nie widzę, nie dostrzegam, nie wierzę, nie wytrzymuję, nie znoszę, nie oddycham choć żyje.
Tagi: bibrzenie...
28.09.2014 o godz. 01:05

Podziękowanie
Wisława Szymborska

Wiele zawdzięczam
tym, których nie kocham.
Ulgę, z jaką się godzę,
że bliżsi są komu innemu.

Radość, że nie ja jestem
wilkiem ich owieczek.

Pokój mi z nimi
i wolność mi z nimi,
a tego miłość ani dać nie może,
ani brać nie potrafi.

Nie czekam na nich
od okna do drzwi.

Cierpliwa
prawie jak słoneczny zegar,
wybaczam,
miłość nie wybaczyłaby nigdy.

Od spotkania do listu
nie wieczność upływa,
ale po prostu kilka dni albo tygodni.

Podróże z nimi zawsze są udane,
koncerty wysłuchane,
katedry zwiedzone,
krajobrazy wyraźne.

A kiedy nas rozdziela
siedem gór i rzek,
są to góry i rzeki
dobrze znane z mapy.

Ich zasługą,
jeżeli żyję w trzech wymiarach,
w przestrzeni nielirycznej i nieretorycznej
z prawdziwym, bo ruchomym horyzontem.

Sami nie wiedzą,
ile niosą w rękach pustych.
"Nic im nie jestem winna" -
powiedziałaby miłość
na ten otwarty temat.
Tagi: bibrzenie...
13.05.2014 o godz. 20:22

Boli bardzo... ukrywane, wciskane w siebie pokątnie ale ciągle jeszcze świeże cholera i boli i tylko z Nią naturalnie, zwyczajnie jak na początku i nigdy potem.
Tagi: bibrzenie...
13.04.2014 o godz. 22:12
Budzisz się któregoś dnia i wiesz już że szedłeś tak długo i zaszedłeś tak daleko że wokół nie ma już nikogo. Zadasz sobie pytanie, jaki sens miała ta droga i jakim cudem przez całe jej trwanie nie czułeś się samotny. Nie znajdując odpowiedzi rozejrzysz się i zobaczysz pusty, wyschnięty grzejącym słońcem step, gdzie towarzyszy Ci tylko zapierający dech zachód słońca i gdzieniegdzie unoszone wiatrem tumany kurzu. Poczujesz zmęczenie. Obetrzesz pot z czoła ale nie usiądziesz bo pod nogami znajdziesz tylko kujące kępki ostów. Poczujesz się brudny a Twoje ubranie okaże się przepocone. Buty nie będą Cię już niosły jak wcześniej a wiatr zmieni swój kierunek rozwiewając Twoje ułożone spokojem włosy. To wszystko co cię tak nagle zaskoczy nie będzie tak przerażające, jak zagubienie które zaczniesz od tego momentu odczuwać w sobie. Niepewność z sekundy na sekundę zacznie wypełniać każdą cząstkę Twojej duszy i wtapiać się w Ciebie w promieniach zachodzących za horyzont. Nie będziesz wiedział co dalej, będziesz tęsknił i rozważał powrót choć wiesz że meta jest zupełnie w przeciwną stronę. Podniesiesz głowę i nie zobaczysz przed sobą żadnego drogowskazu. Przykucniesz w końcu zmęczony, schowasz twarz w spocone dłonie i spróbujesz się uspokoić żeby znaleźć sens.
Tagi: bibrzenie...
25.03.2014 o godz. 21:00
... bo dom, bo mąż, bo kochanek, bo dziecko płacze, bo pieniądze, bo wiatr, bo za daleko, bo brak wiosny, bo zimno, bo za późno, bo nie mam okularów, bo tak, bo nie mam ochoty, bo mam dosyć... .

- Jest mi źle, potrzebuje pomocy.
- Dlaczego nie mówisz?
- Mówię, mówię! Jest mi źle, potrzebuje pomocy.
- Dobrze, rozumiem Cię, choć nic nie rozumiem. Będę, choć nie przyjadę. Możesz przyjechać, być, wysłuchać mnie, jeśli tylko zechcesz i kiedy tylko zechcesz.
- Nie mogę przyjechać, nie mogę być, nie mam siły.
- Nie szkodzi, spotkamy się innym razem, nic się nie stało. To tylko wiatr i dom i dziecko i praca i szczęście i uśmiech i codziennie się koło niej budzę i zasypiam i seks, brak czasu, brak możliwości, brak słów.
- Źle mi! Boję się, że już trzeci raz nie będę miała odwagi o tym mówić.
- Nie przejmuj się, to przejdzie i będzie lepiej, przeczekaj, idzie wiosna, odtoksycznij się! Przecież nie możesz tak żyć, wszystko przed Tobą, wszystko co najlepsze. Musisz zrozumieć, bo tak bywa, bo ona pije, bo on ją bije, bo nie daje rady, bo mam problem, bo mnie boli. Nie było Cię.
- Tak, rozumiem, czuję, rozumiem. Źle mi!
- Musisz zrozumieć!
- Tak, rozumiem, wiem. Wiem że sobie nie radzisz, wiem.
- Dobrze, spotkajmy się może za tydzień? W środę, w południe?
- Nie mogę, jeszcze pracuję. Póki wstaje to pracuje.
- Nie szkodzi, to za dwa tygodnie, w piątkowy wieczór. Będzie fantastycznie, zobaczysz. Zabawiamy się.
- Nie mogę, nie wiem czy będę, nie mam siły, nie mogę się bawić.
- Trzeba to przełamać i dać radę. Musisz podnieść głowę, wziąć się w garść i iść do przodu.
- Słyszysz mnie?
- Słuchaj, jak ta sąsiadka z czwartego, ta, wiesz która? Ona nigdy się nie poddaje i idzie do przodu po trupach i tak trzeba robić, bo takie jest życie.
- Tak, rozumiem.

Brak sygnału.
Tagi: bibrzenie...
15.03.2014 o godz. 22:14

Poddałam się, nie walczę już żeby czuć. Resuscytacja powiodła się a pacjent zmarł. Niech sobie będzie jak jest, bo gorzej przecież być nie może.
W sobie czuję jak duszą rozpędzam się i obijam o ściany zimne i kanty stołów, o framugi zahaczam unerwionymi łokciami i wbijam w żebra klamki. W sobie spływam krwią obrazami przyszłości, oddycham przeszłością dokonując codziennie podświadomego wyboru nie-czucia.
Na zewnątrz uśmiecham się do świata jakbym drwiła z niego pokątnie, tuż przed atomowym wybuchem. Pokazuje jak lata praktyki ukształtowały moją twardą skorupę z łusek twardszych niż kokosowa łupina.
Mam już tylko siłę na przyglądanie się ze spokojem jak świat kochany odchodzi, jak wymyka się swawolnie bez mojej przyczyny i udziału.
Zakłócam płynnie myśli tłukące się znienacka że rok nowy miał być lepszy i miał przynieść a nie zabierać.
Tagi: stop
24.02.2014 o godz. 20:13

Wszystko jakby za mgłą, organizm nie podejmuje pracy, próbuję go na siłę do czucia przywrócić, walę w serce żeby bić zaczęło. Beton.
Tagi: beton
16.02.2014 o godz. 22:42

Dlaczego "szczęście" to byt przejściowy, jak "przyszłość" co ją Pani od Poezji W.Sz. przez duże P opisywała:

"Kiedy wy­mawiam słowo Przyszłość,
pier­wsza sy­laba od­chodzi już do przeszłości"

Mówiąc "szczęście" uśmiecham się czując jednocześnie dreszcz strachu na karku, że to przecież tylko ono - z natury swojej niepełne, ulotne, histeryczne jakieś. Mówiąc "pełnia szczęścia" co to jeszcze rzadziej się zdarza, bo to przecież prawie szeptem, ukradkiem, pomyślane zaledwie, żeby nie zapeszyć, myślę - absurdalne.
Miał, miała "szczęście" to znaczy że co właściwie? Udało się jej lub jemu uniknąć "nieszczęścia", ale żeby to "szczęściem" nazywać od razu.

Nie miałam odwagi do momentu jej spotkania nadużywać tego jakże nieprecyzyjnego słowa, ba, raczej unikałam go jak plag 7-letnich co to z nieba zsyłane na pohybel ludziom. Potem coś się zmieniło i wiosenny powiew wiatru wydusił ze mnie to nieco zemdlone kwiecistym zapachem uczucie. Powtarzalność pór dnia i nocy, jej oddech i oczy kazały oddychać nim głęboko i poddawać się mu do trzewi, bez opamiętania, z zamkniętymi na wszystko co inne oczyma, bez kontroli.

Nadszedł czas, który pukał już do nas wcześniej ale nie wpuszczony teraz wywarza drzwi, z przytupem i kopem wpada do przedpokoju i zaskakuje mnie skuloną, z zamkniętymi oczami w pozie poddania się "szczęściu" i zaskoczonej że to nie ono z takim impetem próbuje przyjść do mnie spragnionej tak bardzo że aż ściany wilgotnieją.

Żal. Żal na to co być może się nie wydarzyć, na to co już wisi na włosku ale nie musi spaść, na to co za drzwiami uchylonymi ale nigdy nie otworzonymi, na plaże nie odkrytą, na to że się nie poznacie, na naukę rozmawiania i słuchania, na to że nigdy nie będzie patrzyła na nas z taką radością, na to że nie będzie świeżej bułki na śniadanie, że koc leży zawinięty w kącie i marźnie, na chwile ze wszystkimi powtarzalne, na dotyk, na niespodziankę, na sen i na brak snu.

Dziwne uczucie tuż przed wyrokiem jakby ciało mówiło za chwilę. Jeszcze moment wytrzymam a potem wybacz mi będę sobą, dam Ci popalić, dam upust tego co myślę.

Tymczasem cisza, głośniejsza i bardziej przerażająca niż nie jeden wybuch.
Tagi: bibrzenie...
10.02.2014 o godz. 22:48

Spokój... oddycham głęboko, spokój... .
Tagi: bibrzenie...
09.12.2013 o godz. 20:38

Nie mogę znaleźć sobie miejsca. Błądzę z kąta w kąt w mieszkaniu i w sobie. W zawieszeniu czekam jak przyszły motyl tuż przed przepoczwarzeniem ze świadomością tylko że najmniejszy powiew wiatru wystarczy żeby zniszczyć kokon. Łzy które już wypłynęły ulgi nie przyniosły, na następne sił zabrakło chwilowo a do gardła podchodzi krzyk rozdzierający aż do zaniemówienia. Czuje go coraz wyżej i wyżej jak podchodzi do strun i chce gryźć by przebić się na świat, ale jeszcze cicho - na zewnątrz.

Mdli mnie, budzę się spocona lub wcale nie śpię albo wręcz przeciwnie zasypiam jak kamień wrzucony na dużą głębokość bez powrotnie. Uśmiecham się do ludzi jak automat, przygotowany do życia po zewnętrznej stronie ciała, widzę jak ich twarze uspokajają się, jak łagodnieją, jak mi wierzą. Samotność przeraża ale nie chce odpowiadać na takie same pytanie, nie wiem co mam odpowiadać, nie wiem gdzie teraz jestem nawet więc nie potrafię ich umiejscowić, a milczeć tylko - niewielu ma taki spokój w duszy żeby to ze mną zrobić.

Męczące...
Tagi: bibrzenie...
30.11.2013 o godz. 20:03

Zarżnijcie mnie ostrym nożem. Zgrabnym ruchem głeboko, żeby nie bolało.
Tagi: b
25.11.2013 o godz. 00:21

Minęło 4 lata i 4 miesiące. Umiem się już uśmiechać, umiem cieszyć nawet małymi rzeczami, umiem kochać ale zdarzają się chwile gdy ból zalewa każdą komórkę obezwładniając bez ostrzeżenia a tęsknota nie pozwala w nocy zasnąć.
Tagi: bibrzenie...
22.11.2013 o godz. 12:35

Niech tu będzie...

skandynawska
lis 16, 2013 @ 00:24:54

Być dobrym, potrzebnym, uczestniczyć we współodczuwaniu, kusić uczucia wyższe, współpodziwiać świat, współzastanawiać się nad sensem, śmiać się z taką samą mocą i płakać nad świata losem, mówić odpowiednie rzeczy w odpowiednim czasie, lubić i być lubianym, czuć się swobodnie i mieć pewność że nie zostanie się posądzonym o złe intencje, nie bać się czuć i wyrażać co się czuje, oddawać całego siebie i przyjmować drugiego człowieka, pokłócić się emocjami mając pewność że to nic, móc kochać, lubić, podziwiać, szanować, wierzyć w niezmienność – to piękne.

Wstać rano i z niedowierzaniem usłyszeć, że robi się wszystko źle, że z każdym słowem się rani kogoś bliskiego choć się wcześniej rozmawiało tym samym językiem, że się osądza bez wydawania sądów, że się już nic „współ” choć ta jedna spokojna przecież noc nie była w stanie nic zmienić, że się jest złośliwym, że się jest zbędnym szkaradnym dodatkiem do pięknego krajobrazu, że się nie umie zachować, że się zatraciło w pewności swojego miejsca, że się nie ma miejsca, że nie można już tak samo i tych samych kochać, lubić, podziwiać, szanować, że jest się niedopasowanym, że jest się złem – to bolesne

Nie ma się już ochoty na emocje, można tylko milczeć nie psując krajobrazu.
Tagi: bibrzenie...
16.11.2013 o godz. 00:36

Nakładam na siebie antydepresyjną zieleń płaszcza stojąc przed lustrem w przedpokoju. Ten płaszcz to oznaka przemian jakie się dokonały we mnie. Myślę co z nich pozostało oprócz tej zieleni. Układam delikatny materiał i staram się omijać swoje odbicie skupiając się na starannym zapięciu guzików.

Jesień to nie jest dobra pora dla chorych na emocje. Deszczowa i pochmurna jesień nie jest dobra dla depresyjnych. Deszczowa i pochmurna jesień w czterech ścianach nie jest dobra dla nikogo.

Bronię się każdego dnia sama przed sobą od nowa i od nowa, tłumacząc sobie - Znasz siebie, przeczekaj, nie pozwól, nie dopuść, ale strach atakuje, niepokój zalewa paraliżem każdą cząstkę i czasem jest tak że się już nie da. Dzisiejszy wieczór jest w sumie zwycięski, nie jest tak źle, piję zieloną herbatę i czytam, znaczy jako taki spokój, "po japońsku" - jako-tako. Poranek przeraził, wieczór i rozmowa uspokoiły trochę, ale wiem że czyha, wypchnięte na zewnątrz, przyssało się do lodowatych drzwi, niech stoi, jeszcze trochę i mróz przyjdzie.
Tagi: bibrzenie...
30.09.2013 o godz. 22:27

Jak wiele mi przyszło się dowiedzieć przez ten czas, jak wiele poznać i zrozumieć.

Motyw przewodni bycie szczęśliwym przez dłużej niż 15 minut i to nie jednorazowo ale każdego dnia jest możliwe, jednak iskierkę trzeba podsycać bez wytchnienia nie pozwolić sobie i drugiej stronie na przygaśnięcie nawet na sekundę co bywa trudne w życiu codzienności.

Cierpliwość i spokój którego tak często mi brak to cnota - potrzebne korepetycje. Czasem wystarczy wypowiedzieć, pokazać, dać do ręki i poczekać, nie wszystko jest dane od razu.

Śniadania i kolacje to najprzyjemniejsze pory dnia, za prostym posiłkiem podanym przez kochane dłonie idzie tyle ciepła.

Słuchać, słuchać, słuchać i zawsze pamiętać jak się milczy.

Pracować nad oddychaniem, to najważniejsza w życiu funkcja.

Być ze strachami i prosić aby Twoje były respektowane, bo szacunek to godność, to musi być niezaprzeczalnie.

Dzień zaczynać od uśmiechu nawet jeśli nie ma się na to w głębi ochoty.

Cieszyć się chwilą i pokazać drugiej stronie że chwila ma znaczenie i że "nie jest wszystko jedno".

Przeglądając się w oczach drugiej połowy widzieć swoją wartość i zawsze pielęgnować jej odbicie we własnych, to bardzo ważne.

Nie pozwolić żeby cokolwiek lub ktokolwiek spowodował zwątpienie w siebie, tworzyć duet pod tytułem "my wiemy jak jest i jest dobrze".

Całować i przytulać to daje ukojenie.

Uczyć się być każdego dnia.

Spędzać czasem czas oddzielnie i cieszyć się myślą o drugiej połowie.

Pokazać swój świat ale z czasem na decyzje.

Poznawać świat drugiej połówki ale z czasem na decyzję.

Uczyć się gotować.

I co najboleśniejsze i najświeższe uważać gdy naostrzy noże, jak mówi że ostre to znaczy że są OSTRE :-)

Być może c.d.n.
Tagi: bibrzenie
27.07.2013 o godz. 10:16