Niektórym "wpisom pod wpisami" ciężko stawić czoła, szczególnie gdy dotykają rzeczy tak prostych, tak oczywistych, że aż w mózgu drąży się dziurka długości przeprostowanego drutu miedzianego o zaostrzonej nieco końcówce nie pozwalającej na wolność.
Mafinko, Kobieto, internetowy Przyjacielu... uwierz, wieź za pewnik, przekonaj się, że Ja, ta Wariatka od przekładania smutków na grymaśnie słowa, umiem się cieszyć z życia i dziękuję za każdy kolejny dzień. Kiedy już słów nie starcza, kiedy łez jest tak wiele, że zatykają możliwość wolnego przepływu powietrza w zaciśniętej krtani, kiedy wykorzystało się już wszystkie środki wyrazu od krzyku po szept, jedyne co pozostaje to właśnie DZIĘKCZYNIENIE. Może brzmi nie czasowo i zbyt górnolotnie, ale owo dziękczynienie jest materią, podmiotem i jednocześnie przedmiotem dla którego żyję i czerpię czasem z tego przeżywania niejaką przyjemność. Radość ma kolor zielony, rozkwita w każdym wiosennym kwiatku, drzewie, krzaczku, ćwierka tysiącami ptasich treli, szumi soczystym lasem i koi falami letniego powiewu. Radość jest tak namacalna że aż czasem trudno poradzić sobie z codziennością. Spoglądam na tych którym czucie odebrano, z pod powiek pełnych obłędu po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy i czuję nagle jak rozwija się we mnie bicie serca, tak mocne i tak dobre, że oddech staje się głębszy i wolniejszy.
Owszem to Smutek jest mi największym Przyjacielem i największym Wrogiem. Te słowa dwa z wielkich liter pisane, bo znaczą wiele. Smutek mówi mi najwięcej o świecie, smutek nie pozwala zapomnieć o tych co "po tamtej stronie lady", chorych, cierpiących, zdradzonych, niekochanych. Zwykle przychodzą razem, znienacka, nie zaproszeni wcale. Trzymają się za rękę z Panią Samotnością, czasem odwiedzają mnie w tłumie anonimowych X-ów i Y-ów gdzieś na ruchliwym skrzyżowaniu. On podchodzi zwykle od tyłu, delikatnie, żeby nie przestraszyć, stuka mnie w ramię i pokazuję głodnego kundla rasy dogo-owczarek zdychającego po cichu między stacją Kabaty a stacją Natolin. Ona obejmuję mnie za szyję szepcząc do ucha czułe słówka i nie pozwala zapomnieć jak bardzo jest mi bliska. Jednak dzięki temu że oboje nawiedzają mnie tak często, moje zmysły uodporniły się już nieco i zrobią wszystko, żeby wyczuć, wypatrzeć, wysłyszeć każdy szmer najmniejszego listka, każdy rodzący się najmniejszy pączek, każdy promień cieplejszy, każde ciepłe słowo, dobry gest, każdą sekundę wspólnego bycia i bicia pulsem we wspólnym krwiobiegu. Tylko że ktoś to kiedyś tak ustawił że nic wiecznym nie jest, chociaż żal, chociaż chciałoby się, choć nie powinno było się kończyć, to znów nadchodzi On zwykle od tyłu, delikatnie, żeby nie przestraszyć, stuka mnie w ramię i pokazuję głodnego kundla rasy dogo-owczarek zdychającego po cichu między stacją Kabaty a stacją Natolin. Ona obejmuję mnie za szyję szepcząc do ucha czułe słówka i nie pozwala zapomnieć... żeby móc dostrzec piękno.
Mafinko, Kobieto, internetowy Przyjacielu... uwierz, wieź za pewnik, przekonaj się, że Ja, ta Wariatka od przekładania smutków na grymaśnie słowa, umiem się cieszyć z życia i dziękuję za każdy kolejny dzień. Kiedy już słów nie starcza, kiedy łez jest tak wiele, że zatykają możliwość wolnego przepływu powietrza w zaciśniętej krtani, kiedy wykorzystało się już wszystkie środki wyrazu od krzyku po szept, jedyne co pozostaje to właśnie DZIĘKCZYNIENIE. Może brzmi nie czasowo i zbyt górnolotnie, ale owo dziękczynienie jest materią, podmiotem i jednocześnie przedmiotem dla którego żyję i czerpię czasem z tego przeżywania niejaką przyjemność. Radość ma kolor zielony, rozkwita w każdym wiosennym kwiatku, drzewie, krzaczku, ćwierka tysiącami ptasich treli, szumi soczystym lasem i koi falami letniego powiewu. Radość jest tak namacalna że aż czasem trudno poradzić sobie z codziennością. Spoglądam na tych którym czucie odebrano, z pod powiek pełnych obłędu po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy i czuję nagle jak rozwija się we mnie bicie serca, tak mocne i tak dobre, że oddech staje się głębszy i wolniejszy.
Owszem to Smutek jest mi największym Przyjacielem i największym Wrogiem. Te słowa dwa z wielkich liter pisane, bo znaczą wiele. Smutek mówi mi najwięcej o świecie, smutek nie pozwala zapomnieć o tych co "po tamtej stronie lady", chorych, cierpiących, zdradzonych, niekochanych. Zwykle przychodzą razem, znienacka, nie zaproszeni wcale. Trzymają się za rękę z Panią Samotnością, czasem odwiedzają mnie w tłumie anonimowych X-ów i Y-ów gdzieś na ruchliwym skrzyżowaniu. On podchodzi zwykle od tyłu, delikatnie, żeby nie przestraszyć, stuka mnie w ramię i pokazuję głodnego kundla rasy dogo-owczarek zdychającego po cichu między stacją Kabaty a stacją Natolin. Ona obejmuję mnie za szyję szepcząc do ucha czułe słówka i nie pozwala zapomnieć jak bardzo jest mi bliska. Jednak dzięki temu że oboje nawiedzają mnie tak często, moje zmysły uodporniły się już nieco i zrobią wszystko, żeby wyczuć, wypatrzeć, wysłyszeć każdy szmer najmniejszego listka, każdy rodzący się najmniejszy pączek, każdy promień cieplejszy, każde ciepłe słowo, dobry gest, każdą sekundę wspólnego bycia i bicia pulsem we wspólnym krwiobiegu. Tylko że ktoś to kiedyś tak ustawił że nic wiecznym nie jest, chociaż żal, chociaż chciałoby się, choć nie powinno było się kończyć, to znów nadchodzi On zwykle od tyłu, delikatnie, żeby nie przestraszyć, stuka mnie w ramię i pokazuję głodnego kundla rasy dogo-owczarek zdychającego po cichu między stacją Kabaty a stacją Natolin. Ona obejmuję mnie za szyję szepcząc do ucha czułe słówka i nie pozwala zapomnieć... żeby móc dostrzec piękno.
Tagi:
bibrzenie...
20.05.2012 o godz. 20:14
komentuj (3)
Kolejne chwile w swoim towarzystwie, pozostawiają we mnie odgniecenia i nierówności. Widzę jak twarz nie płonie już żadnym z kolorów, a zionie tylko delikatną bielą sufitu. Może to od wpatrywania się uporczywego na lot zakończony tuż przy krawędzi żyrandola.
Światło zresztą nie pali się już we mnie, przyzwyczajam powieki do mroku, gaszę powoli wzloty słoneczne i wracam do dawnych upodobań.
Ćwiczę siłę zaciśniętych nadgarstków, żeby w momencie gdy nadejdzie potrzeba, pomogły mi się samej jakoś dźwignąć, przynajmniej do pozycji półsiedzącej. Notorycznie i systematycznie podsuszam nadzieje na "współtrwanie", żeby nie pogłębiała przepaści w jaką przychodzi mi patrzeć każdego poranka podczas czynności składania myśli pierwszych w składną kosteczkę. Tłumaczę bliskich logicznymi wywodami nieobecności, zatracenia, zapomnienia. Uczę się oddychać bez spalania, żeby nie zależeć.
Dom mój stał się zapakowanym w kuszący papierek lukrecjowym cukierkiem, na który leci ślinka dopóki go nie odpakujesz.
Jednak nie wygłaszam światu kazań, nie prawie morałów, bo jak ktoś taki jak jak ja, skulony gdzieś pod podeszwą rzeczy małych, mógłby porwać się na taką indywidualność. Próbuję dawać radę, uśmiechać się, pisać i być... próbuje tak jakoś.
Światło zresztą nie pali się już we mnie, przyzwyczajam powieki do mroku, gaszę powoli wzloty słoneczne i wracam do dawnych upodobań.
Ćwiczę siłę zaciśniętych nadgarstków, żeby w momencie gdy nadejdzie potrzeba, pomogły mi się samej jakoś dźwignąć, przynajmniej do pozycji półsiedzącej. Notorycznie i systematycznie podsuszam nadzieje na "współtrwanie", żeby nie pogłębiała przepaści w jaką przychodzi mi patrzeć każdego poranka podczas czynności składania myśli pierwszych w składną kosteczkę. Tłumaczę bliskich logicznymi wywodami nieobecności, zatracenia, zapomnienia. Uczę się oddychać bez spalania, żeby nie zależeć.
Dom mój stał się zapakowanym w kuszący papierek lukrecjowym cukierkiem, na który leci ślinka dopóki go nie odpakujesz.
Jednak nie wygłaszam światu kazań, nie prawie morałów, bo jak ktoś taki jak jak ja, skulony gdzieś pod podeszwą rzeczy małych, mógłby porwać się na taką indywidualność. Próbuję dawać radę, uśmiechać się, pisać i być... próbuje tak jakoś.
Tagi:
bibrzenie...
Uciekłam... biegłam przed siebie na złamanie nóg krętą drogą wątpliwości i pytań nie wypowiedzianych bo nie ma ich komu zadać, bo nie znalazł się na nie żaden mądry, żaden odważny, żaden na tyle prosty człowiek-nie-człowiek, może żaden anioł, bo ich tu nie ma, nie mieszkają na stałe. Zdarza im się tylko spadać znienacka gruchocząc sobie skrzydła o ziemię i dusze o nasze niedokończone spazmy i łzy. Zdarza im się pojawiać ale tylko po to żeby zniknąć równie nieoczekiwanie gdzieś w oparach nierzeczywistości.
Uciekłam... nie obejrzawszy się, chociaż wołali przekonywująco, przepraszali za nie swoje winy, nienapastliwie oferowali się z pomocą bycia w pobliżu. Oddychanie w trwodze wspólnym świeżym powietrzem jest stanem wręcz intymnym, nie do podzielenia się z obcymi, nawet najbardziej przyjaznymi z ludzi. Wspólne oddychanie wychodzi tylko nielicznym a jeszcze mniejszej ilości na przemienny wdech i wydech, żeby współistnieć, nie szkodząc.
Uciekłam... mimo że we mnie jeszcze hejnalista południową trąbką zawodził na cztery strony świata. Pod powiekami zamknęłam kolory, w głowie dźwięki rynkowego gwaru i ciepło krakowskiego słońca. Jednak żaden z tych używanych ostatkiem sił zmysłów nie przygotował mnie na pozostanie w miejscu i cichą zgodę na zastane.
Uciekłam... jak to się mawia z deszczu pod rynnę, prosto w cudze ramiona. Ramiona obce, grzejące tylko ciepłem sztucznych nadziei, podsycanym echem "gdzieś-coś-kiedyś", opadające tam gdzie droga ostro zawraca i stoi kierunkowskaz "proszę, pomilczmy!". W ramiona co nie leczą, chociaż dają chwilowe zapomnienie i odpoczynek dla zmysłów i głupią wiarę, że po przebudzeniu będzie inaczej, że Samotność Wielka Królowa Nocy w następny majowy wieczór nie postawi półlitrówki samogonu na moim progu.
Uciekłam... i chcę przykryć się kołdrą po same uszy i udać że mnie tu nie ma, w razie jakby życie zechciało urządzić sobie straszenie.
Uciekłam... nie obejrzawszy się, chociaż wołali przekonywująco, przepraszali za nie swoje winy, nienapastliwie oferowali się z pomocą bycia w pobliżu. Oddychanie w trwodze wspólnym świeżym powietrzem jest stanem wręcz intymnym, nie do podzielenia się z obcymi, nawet najbardziej przyjaznymi z ludzi. Wspólne oddychanie wychodzi tylko nielicznym a jeszcze mniejszej ilości na przemienny wdech i wydech, żeby współistnieć, nie szkodząc.
Uciekłam... mimo że we mnie jeszcze hejnalista południową trąbką zawodził na cztery strony świata. Pod powiekami zamknęłam kolory, w głowie dźwięki rynkowego gwaru i ciepło krakowskiego słońca. Jednak żaden z tych używanych ostatkiem sił zmysłów nie przygotował mnie na pozostanie w miejscu i cichą zgodę na zastane.
Uciekłam... jak to się mawia z deszczu pod rynnę, prosto w cudze ramiona. Ramiona obce, grzejące tylko ciepłem sztucznych nadziei, podsycanym echem "gdzieś-coś-kiedyś", opadające tam gdzie droga ostro zawraca i stoi kierunkowskaz "proszę, pomilczmy!". W ramiona co nie leczą, chociaż dają chwilowe zapomnienie i odpoczynek dla zmysłów i głupią wiarę, że po przebudzeniu będzie inaczej, że Samotność Wielka Królowa Nocy w następny majowy wieczór nie postawi półlitrówki samogonu na moim progu.
Uciekłam... i chcę przykryć się kołdrą po same uszy i udać że mnie tu nie ma, w razie jakby życie zechciało urządzić sobie straszenie.
Tagi:
bibrzenie...
Zmęczenie i zniechęcenie sięgnęły zenitu i trzymają mnie za mordę i puścić nie chcą. Jutro Kraków... odpocząć, odpocząć, muszę odpocząć... . Żeby nie bliscy... A.K.M.P. dziękuję.
Tagi:
bibrzenie...
Ważne sprawy. Zapisać. Trzymać się. Nie zapomnieć.
Wyspać się.
Zjeść dobrze.
Słoneczka nie przegapić.
Wyspać się.
Zjeść dobrze.
Słoneczka nie przegapić.
Tagi:
bibrzenie...
"Choroba Alzheimera (łac. Morbus Alzheimer, ang. Alzheimer's disease) – postępująca, degeneracyjna choroba ośrodkowego układu nerwowego, charakteryzująca się występowaniem otępienia."
Najbardziej na świecie boję się choroby i śmierci najbliższych. Na moich oczach zanika świat który pamiętam z dzieciństwa, jakby ktoś ostrym narzędziem zadawał ciosy i śmiał się z mojego zdziwienia, bo to przecież tylko życie - dobrze skrojony scenariusz bez happy endu. Powolny spacer w nieznane... który to już raz?
"Dochodzi do zaniku kory mózgowej."
To dziwne uczucie skurczu żołądka, że mogę już nigdy nie zobaczyć kogoś bliskiego, takiego jakim go pamiętam, albo nawet nie zobaczyć go już wcale.
"W przebiegu choroby dochodzi do wystąpienia następujących objawów: zaburzenia pamięci, zmiany nastroju, zaburzenia funkcji poznawczych, zaburzenia osobowości i zachowania."
Z jednej strony chce tam być, chce tam pojechać, chce Ją uściskać, z drugiej strony na samą myśl czuję paraliżujący strach. Znów pewnie nabiorę odwagi i siły nie wiadomo skąd zaczerpniętej, żeby być i stąpać twardo i nie płakać w najtrudniejszych momentach, ale co potem?
"Początek choroby występuje zwykle po 65 roku życia."
Coś tu jest nie tak - cholera! Całe życie zapierniczasz i...? Wiek emerytalny w Polsce przedłużają do 67 roku życia, a starość powinna być piękna i spokojna.
"Po trzech latach choroby pacjentka nie rozpoznawała członków swojej rodziny i siebie, nie była w stanie żyć samodzielnie i musiała zostać umieszczona w specjalnym zakładzie dla umysłowo chorych."
Czas nigdy nie był moim przyjacielem. Nie koi jak mawiają, zmienia, ale nie ulecza, nie zabiera tego co niejasne, niezrozumiałe, tego co boli. Często płynie w niewskazanym kierunku i zdecydowanie zbyt szybko.
"Czas trwania choroby 6-12 lat, kończy się śmiercią."
Boję się... .
Najbardziej na świecie boję się choroby i śmierci najbliższych. Na moich oczach zanika świat który pamiętam z dzieciństwa, jakby ktoś ostrym narzędziem zadawał ciosy i śmiał się z mojego zdziwienia, bo to przecież tylko życie - dobrze skrojony scenariusz bez happy endu. Powolny spacer w nieznane... który to już raz?
"Dochodzi do zaniku kory mózgowej."
To dziwne uczucie skurczu żołądka, że mogę już nigdy nie zobaczyć kogoś bliskiego, takiego jakim go pamiętam, albo nawet nie zobaczyć go już wcale.
"W przebiegu choroby dochodzi do wystąpienia następujących objawów: zaburzenia pamięci, zmiany nastroju, zaburzenia funkcji poznawczych, zaburzenia osobowości i zachowania."
Z jednej strony chce tam być, chce tam pojechać, chce Ją uściskać, z drugiej strony na samą myśl czuję paraliżujący strach. Znów pewnie nabiorę odwagi i siły nie wiadomo skąd zaczerpniętej, żeby być i stąpać twardo i nie płakać w najtrudniejszych momentach, ale co potem?
"Początek choroby występuje zwykle po 65 roku życia."
Coś tu jest nie tak - cholera! Całe życie zapierniczasz i...? Wiek emerytalny w Polsce przedłużają do 67 roku życia, a starość powinna być piękna i spokojna.
"Po trzech latach choroby pacjentka nie rozpoznawała członków swojej rodziny i siebie, nie była w stanie żyć samodzielnie i musiała zostać umieszczona w specjalnym zakładzie dla umysłowo chorych."
Czas nigdy nie był moim przyjacielem. Nie koi jak mawiają, zmienia, ale nie ulecza, nie zabiera tego co niejasne, niezrozumiałe, tego co boli. Często płynie w niewskazanym kierunku i zdecydowanie zbyt szybko.
"Czas trwania choroby 6-12 lat, kończy się śmiercią."
Boję się... .
Tagi:
bibrzenie...
Chyba już nie ogarniam...chociaż bardzo bym chciała... nic nie jest takim na jakie wygląda.
Dobre, ba, nawet bardzo dobre wiadomości, które rzekomo powinny uspakajać, za 5 minut okazują się nie być wcale takie dobre, bo z innego punktu widzenia, od innej strony patrząc, z innej gwiazdy sięgając... .
Ludzie co się kochają, ranią się, chociaż tego nie chcą chyba tak naprawdę, ale ranią się bo to potrafią, przecież są ludźmi, istotami z krwi i kości.
Jest zimno i pada stale i w sercu niepokój mimo że jest wiosna przecież w kalendarzu, a ptaki umilają drogę do pracy.
Wygląda że nie jest gotowa do szczęścia a jednak ciągnie ją do niego jak ćmę do światła, a kiedy już czuję jego ciepło ucieka znowu i nie wiem co myśleć.
Tylko w niej powoli, statecznie, bez pośpiechu rodzi się życie, powodując co prawda mdłości i stan senności, ale jednak życie.
Nic nie wygląda na takie, jakim się wydaje być.
Dobre, ba, nawet bardzo dobre wiadomości, które rzekomo powinny uspakajać, za 5 minut okazują się nie być wcale takie dobre, bo z innego punktu widzenia, od innej strony patrząc, z innej gwiazdy sięgając... .
Ludzie co się kochają, ranią się, chociaż tego nie chcą chyba tak naprawdę, ale ranią się bo to potrafią, przecież są ludźmi, istotami z krwi i kości.
Jest zimno i pada stale i w sercu niepokój mimo że jest wiosna przecież w kalendarzu, a ptaki umilają drogę do pracy.
Wygląda że nie jest gotowa do szczęścia a jednak ciągnie ją do niego jak ćmę do światła, a kiedy już czuję jego ciepło ucieka znowu i nie wiem co myśleć.
Tylko w niej powoli, statecznie, bez pośpiechu rodzi się życie, powodując co prawda mdłości i stan senności, ale jednak życie.
Nic nie wygląda na takie, jakim się wydaje być.
Tagi:
bibrzenie...
Kolejne 24 godziny pustki... telefon i nagła, nieoczekiwana poranna pobudka, wynik niepomyślny testu na siłę i bieg przed siebie zakończony oczekiwaniem na to co nadejść musi. Jednak mimo zimna, słońce świeci i w duszy gra:
I know you have a little life in you yet.
I know you have a lot of strength left.
Potem wymagany odpoczynek w czasie pracy w domu. Odpoczynek w czasie pracy, to ciekawe... podobno jestem dobra w tworzeniu nowości, nowych słów, nowych wyrażeń, nowych westchnień. Taka stara a takie "nowości" tworzy, zażartować mógłby ktoś świeżo zupełnie napotkany. Ulubiony porcelanowy kubek z japońską wiśnią i zielona herbata i znów w głowie gra:
I know you have a little life in you yet.
I know you have a lot of strength left.
Może jednak wiosna, może jednak pozamiata się ten pozimowy kusz, gdzieś w głębie myśli i odpuści chociaż na chwilę tych cieplejszych dni. Jaki będzie ten czas? Jak będzie za dzień, za miesiąc, za rok, czy jeszcze będę? Tym razem:
I should be crying, but I just can't let it show.
I should be hoping, but I can't stop thinking.
Znów nieoczekiwanie, znów przypływ sił żeby poczuć zapach sosu musztardowego i bazylii, olśniewający swoją nowością. Jak rzadko kiedy przyjemny brak snu z miłości do ludzi bliskich, bardzo bliskich, którym trudno. Górnolotnie? Trudno, pieprzę to! Człowiek po to jest by być i kochać, nie po to by walczyć jak mawiał klasyk.
Of all the things we should've said,
That were never said.
All the things we should've done,
That we never did.
All the things that you needed from me.
All the things that you wanted for me.
All the things that I should've given,
But I didn't.
http://www.youtube.com/watch?v=lYsmRorjbqM&feature=youtu.be
I know you have a little life in you yet.
I know you have a lot of strength left.
Potem wymagany odpoczynek w czasie pracy w domu. Odpoczynek w czasie pracy, to ciekawe... podobno jestem dobra w tworzeniu nowości, nowych słów, nowych wyrażeń, nowych westchnień. Taka stara a takie "nowości" tworzy, zażartować mógłby ktoś świeżo zupełnie napotkany. Ulubiony porcelanowy kubek z japońską wiśnią i zielona herbata i znów w głowie gra:
I know you have a little life in you yet.
I know you have a lot of strength left.
Może jednak wiosna, może jednak pozamiata się ten pozimowy kusz, gdzieś w głębie myśli i odpuści chociaż na chwilę tych cieplejszych dni. Jaki będzie ten czas? Jak będzie za dzień, za miesiąc, za rok, czy jeszcze będę? Tym razem:
I should be crying, but I just can't let it show.
I should be hoping, but I can't stop thinking.
Znów nieoczekiwanie, znów przypływ sił żeby poczuć zapach sosu musztardowego i bazylii, olśniewający swoją nowością. Jak rzadko kiedy przyjemny brak snu z miłości do ludzi bliskich, bardzo bliskich, którym trudno. Górnolotnie? Trudno, pieprzę to! Człowiek po to jest by być i kochać, nie po to by walczyć jak mawiał klasyk.
Of all the things we should've said,
That were never said.
All the things we should've done,
That we never did.
All the things that you needed from me.
All the things that you wanted for me.
All the things that I should've given,
But I didn't.
http://www.youtube.com/watch?v=lYsmRorjbqM&feature=youtu.be
Tagi:
bibrzenie...
Wyłączyłam dźwięk, bo fałszywa nuta pobrzmiewa kalecząc delikatną skórę małżowiny. Patrzę...Rocznica Przed Pałacem. Przemówienie Jarosława K. i ten tłum zaciętych, nienawidzących świata, zapatrzonych w swego wodza twarzy. Czuję jak rośnie we mnie paraliżujący strach, ogromny strach o przyszłość, o mnie, o moich bliskich... .
Tagi:
bibrzenie...
Słoneczne, ciepłe popołudnie skusiło mnie do udania się przed siebie. Kiedy droga biegnie tak po prostu, lekko, jak gdyby nigdy nic i do przodu bez specjalnego celu i przed siebie od tak, myśli potykają się o własne nogi, próbują nadrobić tempa i ścigają się po całej głowie jak rozwydrzone, humorzaste bachory.
Nie sądziłam tylko, a właściwie zapomniałam świętując inne rocznice, że dziś "parade marsz" w stolicy i flagi czerwienią powiewają bezwstydnie, jak nieme prostytutki wykorzystywane w najbardziej plugawych pozycjach. Na szczęście trwało to tylko chwilę, wystarczyło przedrzeć się przez kordon "honorowych, prawdziwych Polaków" a właściwie ominąć ich szerokim łukiem, kierując się na Plac Teatralny, żeby powrócić potem do Nowego Światu. Łuk ten nie przypadkowy, bo w zawiesinie tych "mędrców prawdziwych Polaków" gęstej ktoś taki jak ja "nie-prawdziwy Polak, nie-patriota" czuję się zdrajcą jakby miał inność wypisaną na czole i tylko dławić w sobie pozostaje odczucia, żeby przeżyć i żeby stać było na ten łuk przez Teatralny.
Po drodze jakieś pożegnanie, rozłączenie dłoni, uśmiechy na dwóch skierowanych ku sobie twarzach i kobiece usta w zgięciu moich przymkniętych powiek. Czas zdusić w zarodku tę małą iskierkę która gdzieś głęboko zapaliła się na chwilę. Ciebie ze mną nie ma i nie będzie. Masz inne, ważniejsze sprawy i może czas potraktować je z należytą powagą, czas dorosnąć. Ślinię więc dwa palce, kciuk i wskazujący i ściskam delikatnie knot i choć trochę parzy bo przytrzymuję zbyt długo, to tłumaczę sobie, że tak jest najlepiej, bo ognia dwoma palcami ugasić się już nie da. Nie ma Cię i nie będzie.
Dwa podrywające się do lotu gołębie niepewne swojego losu na środku ruchliwego Placu Zawiszy i słodkawy smak soku z mango dodają mi odwagi. Nie przekreślić sobie szansy, nie dać się strachowi co od jakiegoś czasu paraliżuje każdą komórkę, że pustka, że cisza, że niemoc. Powtarzam sobie na granicy dźwięku i ciszy, poruszając niemo wargami - nie przekreślić sobie szansy!.
Skręcam, słońce atakuje ostrym promieniem, jednak nie straszy, przymykam oczy i uśmiecham się do niego, żeby wiedziało jakie jest ważne. W końcu daje życie, życie na które tak wszyscy czekamy. Nowe życie już niedługo zaatakuje i dotknie nas wszystkich swoim szczęściem, niepohamowaną odwagą i bezczelnością. Strach wchodzi w przepychanki z radością, bo nowe życie zmieni życie nas wszystkich.
Nie sądziłam tylko, a właściwie zapomniałam świętując inne rocznice, że dziś "parade marsz" w stolicy i flagi czerwienią powiewają bezwstydnie, jak nieme prostytutki wykorzystywane w najbardziej plugawych pozycjach. Na szczęście trwało to tylko chwilę, wystarczyło przedrzeć się przez kordon "honorowych, prawdziwych Polaków" a właściwie ominąć ich szerokim łukiem, kierując się na Plac Teatralny, żeby powrócić potem do Nowego Światu. Łuk ten nie przypadkowy, bo w zawiesinie tych "mędrców prawdziwych Polaków" gęstej ktoś taki jak ja "nie-prawdziwy Polak, nie-patriota" czuję się zdrajcą jakby miał inność wypisaną na czole i tylko dławić w sobie pozostaje odczucia, żeby przeżyć i żeby stać było na ten łuk przez Teatralny.
Po drodze jakieś pożegnanie, rozłączenie dłoni, uśmiechy na dwóch skierowanych ku sobie twarzach i kobiece usta w zgięciu moich przymkniętych powiek. Czas zdusić w zarodku tę małą iskierkę która gdzieś głęboko zapaliła się na chwilę. Ciebie ze mną nie ma i nie będzie. Masz inne, ważniejsze sprawy i może czas potraktować je z należytą powagą, czas dorosnąć. Ślinię więc dwa palce, kciuk i wskazujący i ściskam delikatnie knot i choć trochę parzy bo przytrzymuję zbyt długo, to tłumaczę sobie, że tak jest najlepiej, bo ognia dwoma palcami ugasić się już nie da. Nie ma Cię i nie będzie.
Dwa podrywające się do lotu gołębie niepewne swojego losu na środku ruchliwego Placu Zawiszy i słodkawy smak soku z mango dodają mi odwagi. Nie przekreślić sobie szansy, nie dać się strachowi co od jakiegoś czasu paraliżuje każdą komórkę, że pustka, że cisza, że niemoc. Powtarzam sobie na granicy dźwięku i ciszy, poruszając niemo wargami - nie przekreślić sobie szansy!.
Skręcam, słońce atakuje ostrym promieniem, jednak nie straszy, przymykam oczy i uśmiecham się do niego, żeby wiedziało jakie jest ważne. W końcu daje życie, życie na które tak wszyscy czekamy. Nowe życie już niedługo zaatakuje i dotknie nas wszystkich swoim szczęściem, niepohamowaną odwagą i bezczelnością. Strach wchodzi w przepychanki z radością, bo nowe życie zmieni życie nas wszystkich.
Tagi:
bibrzenie...
Dzisiaj strach, dzisiaj źle, dzisiaj zła, dzisiaj wariat. Niech ten wiatr do cholery już nadymać się przestanie, bo ja oszaleję kompletnie i nic ze mnie dobrego nie będzie. Zawsze rozpieprza mi myślenie takie wianie, takie urywanie głowy dosłowne i w przenośni. Na zewnątrz wicher w domu głębia najwyższa ciszy przeszywana tylko moim głębszym niż zwykle schorowanym oddychaniem.
Minie, minie, minie... musi! Nie dałam się i nie dam się! Pieprzone mantry... .
Minie, minie, minie... musi! Nie dałam się i nie dam się! Pieprzone mantry... .
Tagi:
bibrzenie...
Jejku...w tym wszystkim, w tym co złe, w tym co nie udane, w tym zagonieniu, zaczekaniu, zamyśleniu, takie piękne chwilę się jednak zdarzają. Chce się podskoczyć niezgrabnie do góry i zanucić za Adasiem N. "...i taaak warto żyć..."
To prawda, łatwo nie jest, ale też nikt, nigdy, nikomu nie dawał polisy na łatwe życie ani ubezpieczenia od nagłej i niespodziewanej śmierci. Przecież w sumie każdy z nas ma wybór, wybieramy każdego dnia: latte, mała, z syropem malinowym i odrobiną czekolady na wierzchu albo mała, czarna, zajebiście mocna espresso z pianką. Często podświadomie wybieramy i często nieświadomie zależy od tych wyborów nasze przyszłe życie. Jeszcze częściej nic tak naprawdę od nas nie zależy w naszym teraźniejszym i przyszłym życiu, a jest to suma przypadków, zbiegów okoliczności albo po prostu losu zapisanego gdzieś na tablicy życia cholernymi krzywulcami.
Mimo tego trzeba czerpać siły z takich dni jak ten dzisiejszy, z takich chwil jak te minione, wczoraj, dziś, z takich najmniejszych radości, odtwarzać je w sobie dopóki mózg na to pozwala i jak to mawia Play nie panować nad mimiką twarzy tak długo jak to będzie możliwe.
Taka cisza dziś we mnie, taki spokój, taki czysty uśmiech, mimo że jutro...dziś zagrożenie czyha za drzwiami, ale jestem na nie jakby bardziej gotowa.
Zasłuchana, zapatrzona, wyrozmawiana mądrze i blisko z lekkim niedosytem tego wszystkiego, żeby otworzyć się na więcej, gotowa na jutro... na dziś co mi się naprawdę rzadko zdarza. Mam nadzieje, że wszyscy bliscy stąd i skądinąd śpią teraz spokojnie, tego sobie życzę.
To prawda, łatwo nie jest, ale też nikt, nigdy, nikomu nie dawał polisy na łatwe życie ani ubezpieczenia od nagłej i niespodziewanej śmierci. Przecież w sumie każdy z nas ma wybór, wybieramy każdego dnia: latte, mała, z syropem malinowym i odrobiną czekolady na wierzchu albo mała, czarna, zajebiście mocna espresso z pianką. Często podświadomie wybieramy i często nieświadomie zależy od tych wyborów nasze przyszłe życie. Jeszcze częściej nic tak naprawdę od nas nie zależy w naszym teraźniejszym i przyszłym życiu, a jest to suma przypadków, zbiegów okoliczności albo po prostu losu zapisanego gdzieś na tablicy życia cholernymi krzywulcami.
Mimo tego trzeba czerpać siły z takich dni jak ten dzisiejszy, z takich chwil jak te minione, wczoraj, dziś, z takich najmniejszych radości, odtwarzać je w sobie dopóki mózg na to pozwala i jak to mawia Play nie panować nad mimiką twarzy tak długo jak to będzie możliwe.
Taka cisza dziś we mnie, taki spokój, taki czysty uśmiech, mimo że jutro...dziś zagrożenie czyha za drzwiami, ale jestem na nie jakby bardziej gotowa.
Zasłuchana, zapatrzona, wyrozmawiana mądrze i blisko z lekkim niedosytem tego wszystkiego, żeby otworzyć się na więcej, gotowa na jutro... na dziś co mi się naprawdę rzadko zdarza. Mam nadzieje, że wszyscy bliscy stąd i skądinąd śpią teraz spokojnie, tego sobie życzę.
Tagi:
bibrzenie...
"Stempelek" to tok skojarzeń z miastem, w którym nigdy nie byłam. Z miastem wokół którego wiele razy krążyłam, o którym z różnych ust słyszałam, z którym lub z którego okolicami jest związanych trochę bliskich mi osób. W Szczecinie, bo o nim tu mowa żyła kiedyś piękna postać. Postać jak kwiat kolorowa, jak zieleń kojąca, pełna dobra, odważna jak starożytny wojownik. Czas przeszły użyty nie przypadkowo. Kobieta którą poznałam nad morzem, nad zatoką w pięknych okolicznościach, kobieta uśmiechnięta, zwariowana, pełna miłości do świata, radosna. Przesiedzieliśmy wtedy kilka długich, ciepłych, letnich nocy przy kufelkach z zimnym piwem, na ulubionym plażowym pomoście, przy zarezerwowanych wesołych stolikach, które odwiedzam przecież do dzisiaj. Kobieta, która po powrocie do dzieci i męża już nie długo miała zacząć dzielić się z nami i ze światem swoim nieszczęściem, które w jej ustach, w jej mailach, w jej wpisach brzmiało jakoś tak lekko, zwyczajnie, jak normalne dzienne sprawy. Agnieszka, bo tak miała na imię, 12 lat temu w październiku napisała: "...gdy dowiedziałam się (całkiem niedawno), że mam raka, znalazłam się nagle w zupełnie innej rzeczywistości" i od tamtej pory wiele zmieniło się w moim życiu i w życiu wielu z nas. Ona dzieliła się z nami wszystkimi myślami, obdzielała nadzieją, radością życia, pokorą, uczyła dostrzegać piękno i uczyła nas walczyć o siebie aż do momentu kiedy odeszła półtora roku później 8 stycznia przed 19:00.
Nie jest to historia z happy endem, a jednak z truskawką, bo zawsze kiedy o niej myślę, uśmiecham się, siłą rzeczy uśmiecham się do niej bo ona nie pozwoliła nam się bać i kiedy nadchodzą trudne chwile związane ze zdrowiem, samopoczuciem, osłabieniem, zawsze wtedy myślę, przecież można dać radę, przecież można się do ludzi uśmiechać, przecież to co ja... to nic, tak jak dziś. Uśmiecham się do Ciebie Nessko i dziękuję że wiele lat temu nauczyłaś nas żyć.
Nie jest to historia z happy endem, a jednak z truskawką, bo zawsze kiedy o niej myślę, uśmiecham się, siłą rzeczy uśmiecham się do niej bo ona nie pozwoliła nam się bać i kiedy nadchodzą trudne chwile związane ze zdrowiem, samopoczuciem, osłabieniem, zawsze wtedy myślę, przecież można dać radę, przecież można się do ludzi uśmiechać, przecież to co ja... to nic, tak jak dziś. Uśmiecham się do Ciebie Nessko i dziękuję że wiele lat temu nauczyłaś nas żyć.
Tagi:
bibrzenie...
Lubię czytać i pić czerwone wino przy czytaniu.
Lubię świeży chleb z masłem, taki chleb co już się go nie spotyka.
Lubię naleśniki z dżemem.
Lubię pić prawdziwą zieloną herbatę kontemplując każdy łyk.
Lubię czuć obecność mojej mamy nawet wtedy gdy nie ma jej przy mnie.
Lubię rozmowy z babcią przez ocean ogromny, bo Ona już po tamtej stronie.
Lubię woń moich ukochanych perfum, bo daje mi ona poczucie bezpieczeństwa, chociaż martwię się bo mam ostatnią buteleczkę a wycofali je już z produkcji.
Lubię pić słodką kawę z mlekiem.
Lubię weekendowe poranki kiedy jem spokojnie śniadanie w piżamie.
Lubię swoją kuchnię.
Lubię ludzi.
Lubię spotkania ze znajomymi te spokojne i te szalone.
Lubię jak wieczorem ptaki lecą gromadami tuż nad moją głową.
Lubię morze.
Lubię jak się robi zielono.
Lubię jak się kończy dzień.
Lubię jak się zaczyna dzień.
Lubię spacery, kiedy mogę wystawić twarz do słońca.
Lubię prowadzić samochód.
Lubię leżeć w wannie i myśleć.
Lubię płakać ze wzruszenia i zachwytu.
Lubię się godzić.
Lubię swój telefon komórkowy, też daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Lubię jak jest niewiele osób w sali kinowej.
Lubię teatr, zawsze, wszędzie i w wielu odsłonach.
Lubię czytać Bluszcz.
Lubię czytać poezję.
Lubię jak śpiewają poezję.
Lubię mądre słowa.
Lubię jak coś rozśmieszy mnie do łez
Lubię starych, mądrych ludzi.
Lubię być sobą.
Lubię tolerancję i zrozumienie, chociaż świat coraz częściej mnie przeraża.
Lubię świeży chleb z masłem, taki chleb co już się go nie spotyka.
Lubię naleśniki z dżemem.
Lubię pić prawdziwą zieloną herbatę kontemplując każdy łyk.
Lubię czuć obecność mojej mamy nawet wtedy gdy nie ma jej przy mnie.
Lubię rozmowy z babcią przez ocean ogromny, bo Ona już po tamtej stronie.
Lubię woń moich ukochanych perfum, bo daje mi ona poczucie bezpieczeństwa, chociaż martwię się bo mam ostatnią buteleczkę a wycofali je już z produkcji.
Lubię pić słodką kawę z mlekiem.
Lubię weekendowe poranki kiedy jem spokojnie śniadanie w piżamie.
Lubię swoją kuchnię.
Lubię ludzi.
Lubię spotkania ze znajomymi te spokojne i te szalone.
Lubię jak wieczorem ptaki lecą gromadami tuż nad moją głową.
Lubię morze.
Lubię jak się robi zielono.
Lubię jak się kończy dzień.
Lubię jak się zaczyna dzień.
Lubię spacery, kiedy mogę wystawić twarz do słońca.
Lubię prowadzić samochód.
Lubię leżeć w wannie i myśleć.
Lubię płakać ze wzruszenia i zachwytu.
Lubię się godzić.
Lubię swój telefon komórkowy, też daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Lubię jak jest niewiele osób w sali kinowej.
Lubię teatr, zawsze, wszędzie i w wielu odsłonach.
Lubię czytać Bluszcz.
Lubię czytać poezję.
Lubię jak śpiewają poezję.
Lubię mądre słowa.
Lubię jak coś rozśmieszy mnie do łez
Lubię starych, mądrych ludzi.
Lubię być sobą.
Lubię tolerancję i zrozumienie, chociaż świat coraz częściej mnie przeraża.
Tagi:
bibrzenie...
Rozsypane, zwalone, kopnięte, roztrzaskane wiele, wiele miesięcy temu nie chce się jakoś samo pozbierać, nie chce wziąć się w garść i stanąć twardo na nogi i spojrzeć wreszcie prawdzie w oczy, tej najprawdziwszej prawdzie. Bo przecież samo nic się nie dzieje od tak bez pomocy sił zewnętrznych, rąk ludzkich i ludzkich umysłów.
Przeczytałam w księgarni przypadkiem w pewnej pozycji dotyczącej żałoby dzieci, wzmiankę o stanach jakie człowiek przechodzi w czasie żałoby. Najgorzej jest uciekać od odczuwania, przekładać smutek na później, powoduje to często ciężką depresję, która może urosnąć nawet do klinicznej. Prawdziwe, nie zbyt uczone, po prostu prawdziwe i równie przerażające. Chyba czwartym stadium było zawieszenie i tęsknota, ból się przycisza, potrafisz już z nim żyć, wracasz do rzeczywistości, życie porywa Cię coraz bardziej, uczysz się układać sobie swój mały świat bez towarzystwa zmarłej osoby. Na koniec UWAGA! stany te mogą nawracać i każdy z nas może przechodzi je nieskończenie wiele razy od początku i od początku. Zamknęłam książkę i poczułam że spociły mi się ręce. Na jakim ja jestem etapie? Pewnie na czwartym albo gdzieś pomiędzy. Pomiędzy czym? Krzykiem a żalem? Rozpaczą a bezradnością? Tęsknotą a chęcią ucieczki?
Gdzie ja jestem? Na jakim etapie własnego życia? Czego oczekuję, czy w ogóle jeszcze oczekuje czegoś? Dzisiejsza rozmowa, co by było gdyby człowiek jak w filmie obejrzanym w telewizji mógł cofnąć się w czasie. "Nie pozwoliłabym jej na tę operację" - powiedziała - "Może by jeszcze trochę pożyła sobie" - dodała - "Patrz, jak to różne decyzje czy zdarzenia mogą wszystko zmienić w życiu". Tak, mogą decyzje, zdarzenia, nieoczekiwane zwroty akcji, ale u mnie pomyślałam, u mnie nic się nie zmienia. Jakby żyła, byłoby tak samo, byłaby tylko obok, wsparciem, miłością, byłaby. Moje życie stoi w miejscu od długiego już czasu, nic się nie zmienia. Owszem nie jest tak, że nie ma radości, bo są, skłamałabym też że tylko zło mnie spotyka, bo spotyka mnie też dużo dobrego, umiem się cieszyć chwilami. Wyjazdy, remonty, przeprowadzki, spotkania, zabawy, uśmiechy, to wszystko mnie spotyka i to fantastycznie, ale kiedy jest taki wieczór jak dziś i mam czas pomyśleć to, nic się nie zmienia. Moje życie stoi w miejscu, na czwartym etapie.
Przeczytałam w księgarni przypadkiem w pewnej pozycji dotyczącej żałoby dzieci, wzmiankę o stanach jakie człowiek przechodzi w czasie żałoby. Najgorzej jest uciekać od odczuwania, przekładać smutek na później, powoduje to często ciężką depresję, która może urosnąć nawet do klinicznej. Prawdziwe, nie zbyt uczone, po prostu prawdziwe i równie przerażające. Chyba czwartym stadium było zawieszenie i tęsknota, ból się przycisza, potrafisz już z nim żyć, wracasz do rzeczywistości, życie porywa Cię coraz bardziej, uczysz się układać sobie swój mały świat bez towarzystwa zmarłej osoby. Na koniec UWAGA! stany te mogą nawracać i każdy z nas może przechodzi je nieskończenie wiele razy od początku i od początku. Zamknęłam książkę i poczułam że spociły mi się ręce. Na jakim ja jestem etapie? Pewnie na czwartym albo gdzieś pomiędzy. Pomiędzy czym? Krzykiem a żalem? Rozpaczą a bezradnością? Tęsknotą a chęcią ucieczki?
Gdzie ja jestem? Na jakim etapie własnego życia? Czego oczekuję, czy w ogóle jeszcze oczekuje czegoś? Dzisiejsza rozmowa, co by było gdyby człowiek jak w filmie obejrzanym w telewizji mógł cofnąć się w czasie. "Nie pozwoliłabym jej na tę operację" - powiedziała - "Może by jeszcze trochę pożyła sobie" - dodała - "Patrz, jak to różne decyzje czy zdarzenia mogą wszystko zmienić w życiu". Tak, mogą decyzje, zdarzenia, nieoczekiwane zwroty akcji, ale u mnie pomyślałam, u mnie nic się nie zmienia. Jakby żyła, byłoby tak samo, byłaby tylko obok, wsparciem, miłością, byłaby. Moje życie stoi w miejscu od długiego już czasu, nic się nie zmienia. Owszem nie jest tak, że nie ma radości, bo są, skłamałabym też że tylko zło mnie spotyka, bo spotyka mnie też dużo dobrego, umiem się cieszyć chwilami. Wyjazdy, remonty, przeprowadzki, spotkania, zabawy, uśmiechy, to wszystko mnie spotyka i to fantastycznie, ale kiedy jest taki wieczór jak dziś i mam czas pomyśleć to, nic się nie zmienia. Moje życie stoi w miejscu, na czwartym etapie.
Tagi:
bibrzenie...
Już się miało w okolicy nadgarstka do złapania coś dobrego na przyszłość. Już się gęba szczerzyła do lustra jak do żywego człowieka, uśmiechem szczerym aż do bezkrwawej rany otwartych ust. Już się wydawało że rośnie w siłę każdy oddech do tego dobrego co ma dopiero nastąpić. Już na wyciągnięcie ręki ciepło dłoni nie własnych, bo własne przecież zawsze zmarznięte i zapach skóry jeszcze nieznanej, a już nieobcej. Szczęścia bańka mydlana na wieczornym rozmyślaniu. Rekolekcje z nadziei codziennych, z widm sennych i czekanie na raj. Czekanie na raj, który nie nastąpił.
Po drugiej stronie kabla pozostał tylko człowiek w obcej skórze niosący zniszczenie wszędzie wokół, lekko niemrawy i niewyjaśniony. Człowiek co wiecznie we mglistym poranku stoi i ten stan go nie zawstydza, a nawet ma tłumaczyć. Człowiek który prosi o chwile refleksji nad losem swoim chociaż strach że za nim tylko pustka zmusza do ucieczki od refleksji, żeby nie oszaleć.
Stuka rozczarowanie, puka myśl - po ludzku byłoby wysłuchać, ale rozczarowanie zaczyna z niechęcią coraz głośniej i głośniej i zagłuszają myśl i słowa: Nie dzwoń więcej! i brak sygnału.
Po drugiej stronie kabla pozostał tylko człowiek w obcej skórze niosący zniszczenie wszędzie wokół, lekko niemrawy i niewyjaśniony. Człowiek co wiecznie we mglistym poranku stoi i ten stan go nie zawstydza, a nawet ma tłumaczyć. Człowiek który prosi o chwile refleksji nad losem swoim chociaż strach że za nim tylko pustka zmusza do ucieczki od refleksji, żeby nie oszaleć.
Stuka rozczarowanie, puka myśl - po ludzku byłoby wysłuchać, ale rozczarowanie zaczyna z niechęcią coraz głośniej i głośniej i zagłuszają myśl i słowa: Nie dzwoń więcej! i brak sygnału.
Tagi:
bibrzenie...
Czasem marzy mi się żeby móc tak tańczyć na łące zielonej jak on:
Niedorzeczności
Jak człowiek, co na łące w czerwonym fraku tańczy
a przecież takich ludzi nie ma
Nie ma marzeń bezpodstawnych
Brak myśli zabawnych
Zresztą gdzie on miałby kupić taki frak?
Szaleniec każdy by powiedział
Szaleniec z ulicy marzycieli
Innością nie wypada się chlubić
Domy dla specjalnych mogą cię polubić
i zamknąć twoje ja
Pamiętam bezpowrotny świt
Chciało się wtedy bardzo pić
Nikt się nawet nie zaśmiał
Księżyc tylko pojaśniał
a w głowie szum i frak
Tak to bywa w marzeniach
Co są jak niedorzeczni ludzie
Wariat biega po łące
Nad głową świeci mu słońce
a na nim wisi ten czerwony frak
i to jak
grudzień 2007
Niedorzeczności
Jak człowiek, co na łące w czerwonym fraku tańczy
a przecież takich ludzi nie ma
Nie ma marzeń bezpodstawnych
Brak myśli zabawnych
Zresztą gdzie on miałby kupić taki frak?
Szaleniec każdy by powiedział
Szaleniec z ulicy marzycieli
Innością nie wypada się chlubić
Domy dla specjalnych mogą cię polubić
i zamknąć twoje ja
Pamiętam bezpowrotny świt
Chciało się wtedy bardzo pić
Nikt się nawet nie zaśmiał
Księżyc tylko pojaśniał
a w głowie szum i frak
Tak to bywa w marzeniach
Co są jak niedorzeczni ludzie
Wariat biega po łące
Nad głową świeci mu słońce
a na nim wisi ten czerwony frak
i to jak
grudzień 2007
Tagi:
bibrzenie...
Mam taki wyjątkowej urody kapelusz. Dobrze się w nim wygląda i dobrze się w nim czuję na różnych okazjach, domowych (bo czasem nawet wypada w domu w kapeluszu) i wyjazdowych, na-powietrznych. Przetestowany na wielu imprezach, sylwestrowych, koncertowych, alkoholowych i bardziej rodzinnych. Kapelusz, który sprawdza się nie tylko na mojej głowie, ale nieoczekiwanie także na innych głowach, nawet tych co to z góry uprzedzają, że do kapeluszy nie są stworzone, że im nie do twarzy, nie wyjściowo, a po założeniu miłe rozczarowanie, pasuje jak ulał i w lustro miło spojrzeć. Kapelusz jest niewielki, zdecydowanie damski nie męski, bez ronda, mocno wyprofilowany, czarny w delikatny prążek, raczej wiosenny niż jesienny ale miał okazje sprawdzić się o każdej porze roku. Zaczęło się bałwochwalnie, materialnie i z klasą, ale do czego dążę?
Ten mój wychwalony w pierwszym akapicie ulubiony kapelusz ma jeszcze jedną funkcję, nadaje się na wszystkie humory, a najlepiej sprawdziłby się chyba w taką noc jak ta. Wtedy robi się zdecydowanie szerszy i obszerniejszy, żebym mogła naciągnąć go nieco głębiej. Rozrasta się dookoła rondem zasłaniającym mi świat albo może lepiej mnie przed światem i tak siedzę milcząc w kącie w naciągniętym na oklapłe uszy zdefasonowanym lekko, ulubionym kapeluszy, bo co mam zrobić?
"Od zła jak się je widzi, można tylko odwrócić oczy". Zło nie pozwala mieć własnego zdania, nie pozwala wydusić z siebie słowa, bo i jakie? Pocieszenia? Zło nie akceptuje pocieszenia, zło nie pozwala na współczucie. Co warty jest człowiek w obliczu zła? Niesprawiedliwość piszczy cienkim syrenim altem, świdruje moje uszy, mózg, rozum, wtóruje mu jak wierna kochanka z nad krawędzi.
Rozpościeram ramiona, staram się dać ciepła tyle ile człowiek człowiekowi dać może, ale na zapas i w zamian doposażyć się nie da, na ile to może wystarczyć? Minutę, dwie, dziesięć? Kiedy złe czyha tuż za rogiem nocy, niech się tylko rozjaśniać zacznie a będzie stało i dychało zaplute, sponiewierane brakiem świeżej krwi.
Odrywam więc na siłę swoje ciepłe ciało, ona, oni, on też je odrywają i wiedzą już że to nic nie dało, że od zła nie chroni żadna bliskość, żaden człowiek, przed drugim człowiekiem innego człowieka nie obroni, przed nim samym tym bardziej go nie obroni żadną bliskością. I nucę z nad ulubionego kapelusza, czarnego w delikatny prążek:
"Życie, życieńko, a jak życie, to cieniutko, to cienko..."
Ten mój wychwalony w pierwszym akapicie ulubiony kapelusz ma jeszcze jedną funkcję, nadaje się na wszystkie humory, a najlepiej sprawdziłby się chyba w taką noc jak ta. Wtedy robi się zdecydowanie szerszy i obszerniejszy, żebym mogła naciągnąć go nieco głębiej. Rozrasta się dookoła rondem zasłaniającym mi świat albo może lepiej mnie przed światem i tak siedzę milcząc w kącie w naciągniętym na oklapłe uszy zdefasonowanym lekko, ulubionym kapeluszy, bo co mam zrobić?
"Od zła jak się je widzi, można tylko odwrócić oczy". Zło nie pozwala mieć własnego zdania, nie pozwala wydusić z siebie słowa, bo i jakie? Pocieszenia? Zło nie akceptuje pocieszenia, zło nie pozwala na współczucie. Co warty jest człowiek w obliczu zła? Niesprawiedliwość piszczy cienkim syrenim altem, świdruje moje uszy, mózg, rozum, wtóruje mu jak wierna kochanka z nad krawędzi.
Rozpościeram ramiona, staram się dać ciepła tyle ile człowiek człowiekowi dać może, ale na zapas i w zamian doposażyć się nie da, na ile to może wystarczyć? Minutę, dwie, dziesięć? Kiedy złe czyha tuż za rogiem nocy, niech się tylko rozjaśniać zacznie a będzie stało i dychało zaplute, sponiewierane brakiem świeżej krwi.
Odrywam więc na siłę swoje ciepłe ciało, ona, oni, on też je odrywają i wiedzą już że to nic nie dało, że od zła nie chroni żadna bliskość, żaden człowiek, przed drugim człowiekiem innego człowieka nie obroni, przed nim samym tym bardziej go nie obroni żadną bliskością. I nucę z nad ulubionego kapelusza, czarnego w delikatny prążek:
"Życie, życieńko, a jak życie, to cieniutko, to cienko..."
Tagi:
kapelusz
Stuk, puk, stuk, puk stukpuk stukpuk przyśpiesza nagle, ale miarowo. Łachocze gdzieś w okolicy mostka dawno nie słyszanym łoskotem. Bardzo nie pewnie wkrada się we mnie i zajmuje po kolei każdą z moich czerwonych krwinek, żeby dopłynąć do tkanek, wypełnić naczynia krwionośne, dotrzeć do każdego organu. Nie czuje się zbyt pewnie nawet koło mnie, a co dopiero w moim wnętrzu. Woli te późne godziny nocne, kiedy w pewien dziwny sposób nie czuję się samotnie a jednak siedzę sama. Zawiesza się od czasu do czasu jak stary sprzęt komputerowy bez gwarancji. Staje na złe moje i innych, ale coraz częściej wraca i kontynuuje rozpoczęte we mnie procesy prze-trawienne. Mimo małej ilości odwagi, a w zasadzie nawet tchórzostwa zdarza jej się pokonać wirusa melancholii pospolitej, co zagnieżdżony budzi mnie ze snu właśnie wtedy, gdy spać się chce najbardziej.
Stuk puk stuk puk, miarowo puka powrotem...nadzieja?
Stuk puk stuk puk, miarowo puka powrotem...nadzieja?
Tagi:
bibrzenie...


